Odp: tu mozemy pisac o psach ktore byly dla nas przyjaciolmi
Autor: 7922, napisana 25 lipca 2009
Jako dzieciak zawsze mialam bzika na punkcie psow (do dzis mi to zostalo) Cały czas meczyłam rodziców prośbami o kupno psa, ale oni zawsze powtarzali "pies powinnien mieszkac w domu jednorodzinnym, gdzie bedzie mogl sie wybiegać, mieć swobode" , my natomiast mieszkalismy w bloku w niewielkim mieszkaniu i z wielkim zalem probowalam pogodzic sie z mysla ze moje marzenia sie nie spełnia....Do czasu.... Pewnego dnia biegałam ze znajomymi po osiedlu, gdy ktos nagle krzyknął "jaki sliczny maly piesek" to byl on ;) Chodzil za nami caly dzien, w pewnym momencie nawet go odganialismy bo myslelismy ze moze ktos go szuka a my co chwile sie przemieszczalismy. Nastał wieczor wszyscy rozeszli sie do domu. Zostalam tylko ja , kolega i ON. Bawilismy sie z nim na boisku. Zrobilo sie ciemno, postanowilismy wrocic do domu. Kolega poszedl w lewo ja w prawo a ON za mna. Zblizajac sie do klatki popatrzylam na niego, poglaskalam go i z bolem serca weszlam do srodka zamykajac za soba drzwi. Wchodzac do domu opowiedzialam o NIM rodzica, ale od razu zaprotestowali. Wyjrzalam przez okno, siedział pod blokiem i wył... tak żałośnie. Po ok. godzinie sasiadka zdenerwowana zeszla przed klatke zobaczyc kto jest sprawca tego halasu. Maly wbiegl do klatki , siedzial pod moimi drzwiami i wył. Zorientowalam sie ze jest pod drzwiami , poplakalam sie i blagalnym spojrzeniem patrzyłam w oczy rodziców. Mama wymiekła tata po chwili namysłu rzucił krótko " wpusc go, na jedna noc". i tak został z nami 7 lat.Szukalismy wlascicieli ale bezskutecznie. Z pewnoscia mial poprzedniego wlasciciela bo byl nauczony czystosci, ale co do tego czy byl z nim szczesliwy mam wiele watpliwosci, Byl bojazliwy, bal sie gdy ktos gestykulował, wysokich mezczyzn. Przez pierwsze dni nie odstepowal mnie na krok nie moglam nawet sama isc do lazienki bo odrazu skomlal pod drzwiami. Do moich rodzicow przekonal sie dopiero po jakis 3 tygodniach, wczesniej ich sie bal, ale nie byl agresywny. Moi rodzice pokochali go bardzo szybko, stał sie ich pupilkiem. Zaprowadzilismy go na szczepienia odrobaczaczania itd bo nie wiedzielismy czy wczesniej ktos o to zadbał, weterynarz stwierdzil po uzebieniu ze ma ok. 5-6 miesiecy. Byl dla mnie wyjątkowy , szczególnie, był spełnieniem moich marzeń, w dodaku miałam poczucie jakby to on sam mnie sobie wybrał, jakbysmy byli sobie pisani. Przez 7 lat tylko ja z nim wychodzilam na spacery , nie raz urywalam sie z imprezy wczesniej bo wiedzialam ze Azi (bo tak dostał na imie) czeka w domu. Wszystko sama przy nim robilam, spal ze mna , mnie najbardziej sie sluchal, a gdy nieraz kłociłam sie z mama zawsze stawal kolomnie i na nia szczekal hehe Byl najbardzioej oddanym psem, był calym moim swiatem. Dramat zaczal sie tego nieszczesnego dnia a mianowicie 02 stycznia 2008 roku. rano szykowalam sie do szkoly, moja siostra wpadla do nas na chwile zapytac jak tam po sylwestrze, powiedziala wtedy " Młoda wyprowadze rudego (bo tak na niego mowilismy), a Ty sie szykuj", zgodzilam sie. Wychodzac stanela w drzwiach i spytała "Wziasc smycz, czy nie?" na co ja odparlam " nie musisz , czesto chodzi bez". Uciekł.... za jakaś suczką... ;( nie poszlam do szkoly szukalam go caly dzien, chodzilam po osiedlu, w domu lazilam od okna do okna. Kiedys juz zdazylo mu sie zwiac ale zawsze byl w poblizu nie oddalal sie od bloku wiec gdy patrzylam w okno widzialam go i schodzilam na dol. Tego dnia nigdzie go nie bylo. Nastal wieczor , godzina 18 jak to zima , panował juz mrok. Razem z przyjaciółką naszykowałysmy sie by isć na trening, poprosilam ja zebysmy jeszcze przeszly sie po osiedlu , bo moze teraz kreci sie gdzies w poblizu. Przechodzilysmy na swiatlach, spojrzalam na pasy, na ulicy pelno krwi... nie skojarzyłam, usłyszałam tylko slowa mojej kumpeli " o kur**a" podniosłam wzrok... lezał tam przy jezdni.... oczka miał otwarte , spojrzenie wygasłe, z pyska leciala mu krew. Rozbeczalam sie jak dziecko siedzialam tam przy nim plakalam, glaskalam go. Mialam w gdzies czy ludzie sie krzywo na mnie patrza. Zadzwonilam do siostry " ...nie zyje, przyjedz" Zaplakana przyjechala owinelysmy go w stare przescieradlo, trzymalam go na rekach pojechalysmy na dzialke, zakopalismy go w pobliskim lesie, bo sciolke latwiej bylo rozkopac, ziemia byla zbyt zmarznieta. Mial rozwalone cale wnetrznosci, podejrzewam ze kregoslup tez mial zdruzgotany... na pewno wracal do domu, wybiegl na czerwonym... byl tak blisko bloku.... zaledwie kilkadziesiat krokow od domu. Siostra sie obwiniala... niepotrzebnie, tak mialo byc, ja jej nie obwiniam , sama nie kazalam jej brac tej smyczy, wiec to raczej moja wina. Wrocilysmy do domu , wszyscy plakali.... Przez kilka nastepnych dni wylalam chyba wszystkie lzy. Do dzis oczy mi sie szkla gdy o nim pomysle, wzruszam sie gdy wspominam. Do dzis czuje jakby serce mialo mi rozerwac. Przez nastepny rok nie jezdzilam na dzialke , balam sie nie wiem dlaczego , nie chcialam. Obwinialam sie troche ze nawet nie pojade go odwiedzic ale nie potrafilam. Po roku pojechalam. Na samym wjezdzie na posesje oczy mi sie przeszklily, poszlam w to miesce (wczesniej je zaznaczylysmy) stalam tam i plakalam. Pewnie ktos pomysli "histeryczka, uzala sie nad soba" ale nie jestem takim typem czlowieka, poprostu gdy tracisz to co kochasz nie panujesz nad emocjami, Bo czas wcale nie zna sie na bliznach gdy cos bylo zbyt prawdziwe. Na biurku i meblach mam kilka jego fotek, pare filmikow w telefonie, schowane zabawki , smycz, obroze.... Mam tez wspomnienia. Był moim małym cudem, Ponoc zwierzeta nie maja duszy ale ja wierze, chce wierzyc ze kiedys go spotkam... nawet jesli ma byc to sprzeczne z nasza religia....